sobota, 3 lutego 2018

Rozdział 1 Początek końca



Czerń...

Czerwień...

Biel...


Czarne, zimne kamienie pod stopami ludzi.

Krwistoczerwone niebo nad głowami.

Mrożący krew w żyłach powtarzający się pisk.

Miasteczko płonęło, zaś jego mieszkańcy stali jak na ścięcie głowy, szepcząc między sobą najróżniejsze rzeczy...

Dziewczyna o białych jak śnieg włosach, jako jedyna nie wyglądała na przerażoną - wręcz przeciwnie - miała lekko rozbawiony, władczy wyraz twarzy. Nawet strojem różniła się pozostałych. Ciemna suknia zasłaniała każdy możliwy fragment jej skóry aż do szyi, a przy dekolcie miała wszyte niespotykane na ziemi kwazikryształy. Dłonie zakryte miała jedwabnymi rękawiczkami, identycznymi kolorem co reszta ubrania.

Inni ludzie nałożone mieli na sobie starożytne tuniki, jedynie co poniektórzy mężczyźni ubrali togi.

Strój tłumu różnił się od ubioru dziewczyny jak dzień i noc. Jak niewinna jasność i mroczna, zabójcza ciemność.

Do nieznajomej podszedł jeden z mężczyzn w purpurowej todze. Kiedy spojrzała na niego, ukłonił się niezgrabnie.

- Witaj pani.

Postać wyróżniająca się mroczniejszą stroną kiwnęła lekko głową.

- Traitorze. Czy jesteś pewny swojej ofiary? - zapytała.

- Jak niczego innego w moim życiu - odszeptał.

- Wspaniale. - Dziewczyna zgrabnie wspięła się na najwyższą skałę. - Zostaliście złożeni w ofierze! - krzyknęła w stronę mieszkańców miasteczka. - Ludność waszego świata nie ma o niczym pojęcia! Jesteście zwykłymi głupcami! Nikt nie zna prawdy o początku. Wszystko staracie się wyjaśnić niewiarygodnymi historiami o bogach. Greckich? Japońskich? Jednak trudno winić was o tę niewiedzę. Wasz wymiar nie powstał przypadkiem.

- Zostaliśmy złożeni w ofierze, bo jesteśmy biedni? Czy nasz stan społeczny ma sądzić o naszym życiu!? - zawołał ktoś z tłumu.

- To nie wasze pieniądze o tym decydują. To wasza czerwona krew, potrafiąca uleczyć wszelkie nasze rany. Może przywrócić nas z powrotem do życia! Wasze życie za istnienie świata! - krzyknęła podnosząc ręce do góry. Ludzie przeraźliwie wrzasnęli, jakby obdarto ich ze skóry.


***


Gwałtownie wyprostowałem się, uderzając ręką szklankę, która stała na stoliku.

- Dobrze się czujesz? - Moja przyjaciółka spojrzała na mnie wielkimi, błękitnymi oczami, trzymając mnie kurczowo za ramię. - Przed chwilą zupełnie odpłynąłeś. Już chciałam dzwonić na pogotowie.

- Nie... Ja... - zawahałem się - wszystko w porządku.

Dores zmarszczyła brwi.

- Chyba nie sądzisz, że po raz kolejny w to uwierzę. Co się ostatnio z tobą dzieje? - Odniosłem wrażenie, że jej spojrzenie przewierca mnie na wylot.

- Nie rozumiem o czym mówisz.

- Nie rozumiesz? W takim razie dlaczego już drugi raz mdlejesz? Coraz częściej nie pojawiasz się na uczelni. Unikasz rodziców. Późno wracasz do domu.

- Mówiłem wcześniej, że dwa ostatnie punkty się ze sobą łączą... - wtrąciłem.

- Nie przerywaj mi! - brunetka była porządnie wytrącona z równowagi. - Martwię się. Czy masz jakieś problemy? - zapytała o dziwo łagodniejszym głosem. Przez głowę przeszły mi obrazy z ostatnich snów. Sięgnąłem po szklankę wody leżącą na stoliku obok. - Czy ty... chorujesz na anoreksję? -wyplułem przed siebie zawartość buzi.

Co?

- Co? - wyrwało mi się.

- Pomyślałam, że... Twoje omdlenia są spowodowane jakimiś zaburzeniami związanymi z odżywianiem. Coś musi się dziać.

Anoreksja?

- Jamie, ty jesteś szczupły - ciągnęła dalej moja przyjaciółka. - Nie musisz nic ze sobą robić. Jeśli potrzebujesz pomocy, zawsze są psychologowie.

Że słucham co?

- Dores, nie masz powodu aby się o mnie martwić – uśmiechnąłem się, jak najbardziej szczerze potrafiłem. – I naprawdę nie mam anoreksji. Aby ci to udowodnić, zamówię dla nas twoje ulubione naleśniki z białą czekoladą.

- Mam nadzieję, że dużą porcję...

- Oczywiście – odpowiedziałem. Następnie poprosiłem czarnowłosą kelnerkę o deser.

- Ale nie licz na to że zapomnę o tej rozmowie, i obiecuję, że jak kolejny raz przy mnie zemdlejesz idę do twoich rodziców –powiedziała surowo moja przyjaciółka, mrużąc lekko powieki.

- Tak jasne... – przewróciłem oczami – W ogóle mówiłaś coś o muzeum zanim odpłynąłem.

- Jutro pani Gabrielle organizuje wycieczkę i chce abyśmy poszli na otwarcie muzeum historii starożytnej. Chciałabym żebyś poszedł, nie wytrzymam z tą klasą sama – spojrzała na mnie błagalnie.

Część mnie była na nie - przecież nie mógłbym zemdleć na oczach całej klasy. Druga zaś połowa chciała tam iść. Coś nienaturalnego mnie tam ciągnęło, a po za tym Dores naprawdę zależało na moim towarzystwie.

-Pójdę. – Zanurzyłem widelec w naleśniku które właśnie przyniosła kelnerka, wsuwając mi ukradkiem pod serwetkę swój numer. Prawdę mówiąc dziewczyna była naprawdę ładna, miała czarne włosy ciasno zawiązane w kok, lekki makijaż podkreślający jej rysy twarzy i wielkie niebieskie oczy. Była w moim typie i gdyby nie mój humor oraz ostatnie omdlenia, na pewno bym do niej zagadał. Wziąłem karteczkę do dłoni i przedarłem ją na pół.

- To wspaniale! Tak w ogóle co tam masz w ręce? – Dores uniosła brew, wyraźnie zaciekawiona.

Uniosłem dwie części papieru do góry.

-Kelnerka mi wsunęła pod talerz – wzruszyłem ramionami.

Dores uniosła brwi.

- A ty, Łamaczu Serc oczywiście jesteś niewzruszony?

Zaśmiałem się.

- Obecnie nie mam humoru na zabawy w flirtowanie.

Moja przyjaciółka ze świstem wciągnęła powietrze.

- Okrutnie - pokręciła powoli głową. - Mówisz to jakbyś uważał randkowanie za nic nie wartą zabawę.

Machnąłem dłonią, ponieważ nie chciałem mówić, że trafiła w samo sedno.

Jedliśmy w ciszy. Nie zajęło nam długo skończenie posiłku, gdyż od zawsze uwielbialiśmy naleśniki z kawiarenki "Amber Cafe". Panowała tam serdeczna atmosfera, przy której nie czułeś się niekomfortowo, nawet jeśli siedziałeś dwie godziny nic nie zamawiając. A beżowe ściany z brązowymi tapetami i meblami dodawały ciepły, przyjemy klimat, którego brakuje w wielu coraz bardziej rozwiniętych restauracjach, kawiarniach czy nawet pizzerniach. Amber Cafe jest idealnym miejscem dla zmęczenia psychicznego.

- Zabawmy się - rzuciła nagle moja przyjaciółka.

- Słucham?

- Zabawmy się. Poimprezujmy. Nigdy nic nie robimy. Jedyne miejsca przez nas odwiedzane to ta kawiarnia i nasze domy. O szkole nie będę wspominać, bo nie jest do końca zgodne z naszą wolą. Ale zrób coś, dzięki czemu nie będziemy się czuli jak odludki.

- Jesteś outsiderką?

- Człowieku, chyba nie sądzisz, że gdybym była outsiderką zadawałabym się z tobą.

- Racja. Jestem na to zbyt oszałamiający.

- Nie pochlebiaj sobie.

- Przecież to ty mi pochlebiasz.

- Najwyraźniej źle siebie zrozumieliśmy.

Prychnąłem.

- Pamiętaj. Definicja doskonałości - mrugnąłem do Dores i podniosłem się z krzesła.

- Wstajesz? - zapytała.

- To nie ty przypadkiem chciałaś się zabawić? Dziewczyna posłała mi uśmiech i również dźwignęła się na nogi.

- Nie wiedziałam, że zadziałasz tak szybko.

Spojrzałem na zegar przy drzwiach. Osiemnasta czterdzieści.

- Mamy jeszcze przed sobą cały dzień! - zawołałem cicho, a Dores się zaśmiała.

- A co z nieusatysfakcjonowaną kelnerką?

Odwróciłem się do przyjaciółki z łobuzerskim uśmiechem.

- Wolę brunetki - powiedziałem, na co brązowowłosa dziewczyna obok zarumieniła się i trzepnęła mnie w ramię.

- Tylko się nie upij, bo jeszcze zaczniesz mi miłość wyznawać - zaśmiała się Dores.

- Kto by cię chciał - mrugnąłem i odrzuciłem do tylu kilka niewidzialnych kosmyków włosów. Dziewczyna prychnęła.

- Ja bym się chciała - po czym powtórzyła mój gest, z tą różnicą, że u niej rzeczywiście były tam włosy.

***

Siedziałem w salonie u Dores, czekając aż się przebierze. Stwierdziła, że musi wyglądać jak najlepiej, mi zaś starczył strój jaki miałem wcześniej: czarna bluzka i dżinsy z ciemnego materiału. Tak się czułem najbardziej sobą, a i tak wyglądałem całkiem dobrze.

Sięgnąłem po mangę która leżała na kanapie. Na okładce dostrzegłem, że jest to "Haikyuu". Nigdy nie rozumiałem, dlaczego Dores tak uwielbiała tego rodzaju literaturę i inne podobne rzeczy. Otworzyłem losowo na jakiejś stronie, podejmując setną próbę przeczytania mangi. Po chwili jednak stwierdziłem, że to nie dla mnie, i rzuciłem ją na stół.

- Dores, jak mówiłem, że cały dzień przed nami, nie miałem na myśli przesiedzenia go w toalecie, malując się!

- Tak wiem... możesz, tutaj na chwilę przyjść? Nie mogę zapiąć zamka.

Wstałem powoli z kanapy i skierowałem się do pokoju dziewczyny. Kiedy otworzyłem drzwi i zobaczyłem moją przyjaciółkę zaniemówiłem. Miała na sobie granatową sukienkę idealnie dopasowaną do talii. Koniec był zakończony koronką, a brązowe pasma falami opadały na ramiona. Oczy były podkreślone cieniami tak, że ich na ogół jasny niebieski kolor, wyglądał jak ocean w którym można by utopić każdego.

- Wyglądasz jak anioł - uśmiechnąłem się.

Dziewczyna przewróciła oczami, ale zauważyłem, jak na jej policzki wkradł się kolejny dzisiaj rumieniec.

- Pomożesz mi zapiąć ten zamek? - zapytała. Dopiero teraz zauważyłem, jak jedną ręką przytrzymywała sukienkę.

- Jasne, odwróć się.

Dziewczyna posłusznie spełniła moje polecenie. Ostrożnie uniosłem suwak, przypadkowo dotykając skóry Dores, która drgnęła jak po lekkim kopnięciu prądem.

- Dobra, więc możemy już iść? - zadałem pytanie.

- Jasne - wyszczerzyła zęby.

***

Droga na miejsce nie zajęła nam dużo czasu. Poszliśmy do pobliskiego baru, w którym obsługuje jeden z moich znajomych z gimnazjum, jednak tym razem nie zastaliśmy go w środku.

- To co nam wziąć? - spytałem, kiedy moja przyjaciółka zdążyła już usiąść.

- Dla mnie weź Mojito. Kiwnąłem głową i podszedłem do kelnera za barem.

- Mojito i Cosmopolitana - powiedziałem Keny'emu - tak miał napisane na plakietce.

Nieznajomy spojrzał się na mnie, po czym otworzył szeroko oczy i zamarł w bezruchu. Odwróciłem się, żeby sprawdzić czy jest za mną coś dziwnego, ale nic nie zauważyłem. Jest coś ze mną nie tak? Otworzyłem usta, żeby zapytać o co chodzi, ale po odwróceniu wzroku chłopaka już... nie było?

"Jeszcze raz spróbujesz mnie tak wykiwać gówniarzu to pożałujesz."

"Od czego zaczniemy? Powinniśmy zastanowić się nad słabymi punktami."

"Wszystko będzie zależeć od kilku sekund. Nie zmarnujcie tej szansy."


Rozejrzałem się. Nagle zacząłem słyszeć tajemnicze głosy, które zdawały się nie wydobywać z zewnątrz, lecz z mojej głowy.

"Chcesz zginąć idioto!?"
Złapałem się za głowę.

"Już za późno, żeby powiedzieć, że wszystko w porządku."

"Przecież on już nie żyje. Umarł dwa dni temu."



- Wszystko gra? - do moich uszu dotarł słaby głos, a ja spojrzałem w stronę jego źródła.

Zobaczyłem przed sobą piękną białowłosą dziewczynę o lodowatym spojrzeniu fioletowych tęczówek. W odróżnieniu do innych była dziwnie ubrana i roztaczała wokół siebie mroczną aurę. Wyciągnęła do mnie dłoń, jakby chciała pomóc mi wstać, a ja szybko ją odepchnąłem, kiedy zobaczyłem jak jej ręce zbroczone są tak ciemną krwią jakiej jeszcze nigdy nie widziałem.

Mrugnąłem, a na miejscu tajemniczej dziewczyny pojawiła się znana mi brunetka.

- Co ci odwala? - zawołała z urazą w głosie. Czy to właśnie ją przed chwilą odepchnąłem?

- Dores? - zadałem głupie pytanie. Dziewczyna przewróciła oczami.

- Jesteśmy tu od jakiś dwóch minut, a ty już zdążyłeś się upić? - zakpiła. - Jesteś nieludzko zdolny w takich sprawach.

"Jesteś nieludzki."

- Nie jestem pijany – starałem się mówić jak najbardziej spokojnie potrafiłem, opierając się ręką o blat by nie zemdleć. – Trudno jest się upić bez alkoholu, a tutaj nie zdążyłem jeszcze nic zamówić.

- To fakt, mam nadzieję, że u mnie nic nie podkradłeś z barku, rodzice by mnie zabili – dziewczyna usiadła na hokerze koło blatu.

- Daj spokój – rozejrzałem się nieufnie po barze. Dopiero teraz spostrzegłem, że starsza kobieta z drugiej strony baru przygląda mi się badawczo, jadowitym spojrzeniem. Nie wyglądała ani trochę przyjacielsko – może pójdziemy do jakiegoś klubu. Panuje tu taka nudna atmosfera i nawet o obsługę trudno.

I jest upiornie, dodałem w myślach.

- Co racja to racja, niedaleko podobno jest jakaś większa impreza, ale…

- Naprawdę? Dopiero teraz mi o tym mówisz? – spojrzałem na nią z niedowierzaniem.

- Trzeba mieć na nią wejściówkę, której zapewne nie masz.

- Fakt, ale mam inne sposoby – Uśmiechnąłem się, odwracając się w kierunku drzwi. Nadal czułem na sobie wzrok staruszki.

"I tak nie uciekniesz. Nikomu nie udało się uciec przed przeznaczeniem. Nikomu."